Państwo musi znaleźć sposób, by policjantów zatrzymać w służbie

ilustracja

Służba policyjna to poważna sprawa – policjant nie pracuje, ale pełni służbę właśnie. Przez to nie ma tylu praw, co my, cywile. Powiem więcej, w momencie, gdy cywil może odmówić świadczenia pracy z uwagi na zagrożenie zdrowia lub życia, po stronie policjanta aktualizuje się obowiązek działania. Wyobrażacie sobie obowiązujące w prawie pracy zasady BHP w służbie szturmowca czy pirotechnika w AT? Nie da się. Istota tej służby sprowadza się więc do narażania własnego zdrowia i życia. Poza tym policjantem jest się także po służbie. Dlatego tak ważne jest, by funkcjonariusz nie padał ofiarą czegoś, co nie wynika z istoty służby, ale właśnie jej wynaturzeń – piszą Janusz Schwertner i Mateusz Baczyński dziennikarze Onet.pl

– Kiedy policjant ma problemy z przełożonymi, to szybko traci wszystkich kolegów. Zaczyna walczyć z systemem, ale ten system go zjada. Choć przełożeni tak naprawdę też nie wygrywają. Tu najczęściej przegrywają wszyscy – mówi w rozmowie z Onetem Tomasz Oklejak z biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

Kłopotliwych funkcjonariuszy zsyła się najczęściej do „czyśćca” – mówi Tomasz Oklejak
„Dostaliśmy kiedyś list od policjantów, że jak my nie pomożemy w jednej sprawie, to ktoś w końcu albo popełni samobójstwo, albo zastrzeli komendanta”
„Przez lata spotkałem się z masą nieporozumień i absurdów dotyczących policyjnych statystyk”
Tomasz Oklejak pełni w biurze RPO funkcję naczelnika Wydziału do spraw Żołnierzy i Funkcjonariuszy. Od kilkunastu lat przygląda się największym problemom, a czasem absurdom, jakie panują w służbach mundurowych w Polsce. Wspólnie z kolegami z wydziału od lat pomaga funkcjonariuszom i żołnierzom, którzy w zderzeniu z systemem najczęściej pozostają osamotnieni. W naszej rozmowie skupiamy się na sprawach dotyczących policji, bo dzisiaj ta grupa zawodowa zmaga się z problemami wizerunkowymi i największym kryzysem kadrowym od lat.

„Gry Uliczne” to cykl materiałów o policji i polskiej mafii przygotowywany przez naszych dziennikarzy: Janusza Schwertnera i Mateusza Baczyńskiego. Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!

Mateusz Baczyński, Janusz Schwertner: Co jest największą bolączką policji?

Tomasz Oklejak: Statystyka.

No tak, nie zaskoczył nas pan.

Przez te wszystkie lata pracy spotkałem się z taką masą nieporozumień i absurdów z tym związanych, że odpowiedź sama się nasuwa. Przykład? Dostaliśmy kiedyś anonim z kopią książki odpraw służbowych jednego z komisariatów. Były tam wpisane normy – ile należy nałożyć mandatów za różne przewinienia. Czyli np. za przekroczenie prędkości trzeba wystawić dziennie pięć mandatów. Aż nie chciało mi się wierzyć, ale pojechałem do tego komisariatu i wszystko się potwierdziło, pod normami była nawet pieczątka komendanta.

Jak się z tego tłumaczył komendant?

To był taki „gorliwy” funkcjonariusz z oddziałów prewencji i chciał podwładnych w ten sposób zmotywować do pracy. A to najgorszy z możliwych sposobów. W tej sprawie Rzecznik Praw Obywatelskich występował do Komendanta Głównego Policji, bo trzeba było formalnie zająć się problemem limitów. Za jakiś czas dostaliśmy odpowiedź, że sprawdzono to w kilku losowo wybranych jednostkach w kraju, ale problem się nie potwierdził. Naszym zdaniem znaczyło to dokładnie tyle: nie udało się problemu namierzyć. Takie metody zarządzania okazały się mało bezpieczne dla przełożonych.

Jakie metody jeszcze się stosuje?

Istniały, na przykład, punktowe systemy motywacyjne. Polegały one na tym, że policjanci wypełniali tabelki, w których wyszczególniali czynności służbowe, np. zatrzymanie na gorącym uczynku albo wylegitymowanie. Tych pozycji było chyba ze sto i za każdą z nich policjanci otrzymywali punkty. Po otrzymaniu informacji o takim systemie przeprowadziłem kontrolę w jednej z komend rejonowych w Warszawie i poprosiłem o stosowne tabelki. Za zatrzymanie na gorącym uczynku, jako czynności najwyżej punktowanej, było przyznawanych 20 punktów, a za wylegitymowanie nieletniego dwa punkty. Zgadnijcie, która z tych czynności była najczęściej wykonywana (śmiech). Rozmawiałem potem z policjantami i oni mi powiedzieli wprost, że stoją pod szkołą i legitymują, żeby sobie nabić punktów.

Kiedyś opowiadał nam pan, że w jednej z jednostek dzielnicowi dostawali punkty za tzw. kontakt ze społeczeństwem…

Tak i wtedy dzielnicowy chodził i mówił ludziom „dzień dobry”. (śmiech) RPO w swoich wystąpieniach kwestionował te systemy punktowe, ponieważ prowokowały patologiczne zachowania ze strony niektórych policjantów. Oczywiście tym, którym zależało na punktach, bo ci, którzy uzbierali ich najwięcej, otrzymywali nagrody pieniężne.

Istniały też tzw. progi satysfakcji.

Faktycznie, dotyczyło to wielu wskaźników w różnych obszarach działania, które porównywało się co roku. Czyli na przykład w obszarze danej komendy powinno być w ciągu roku maksymalnie pięć wypadków śmiertelnych w ruchu drogowym. Jeżeli było tych wypadków sześć, to oznaczało, że policja gorzej pracuje. To samo z włamaniami, zabójstwami… Na tej zasadzie, że skoro więcej zabójstw albo wypadków, to wina funkcjonariuszy, którzy nie potrafią zadbać o bezpieczeństwo.

Chodziło o stwarzanie poczucia, że rzeczywistość zmienia się na lepsze? Albo przynajmniej, że nie zmienia się na gorsze?

Prawdopodobnie tak. W trakcie jednej z przeprowadzanych kontroli podszedł do mnie policjant i mówi: „Proszę pana, ja mam za mało wypadków ze skutkiem śmiertelnym. No i co ja mam zrobić? Spowodować te wypadki?”. Chodziło o to, że w jego rejonie normą były powiedzmy cztery takie wypadki w ciągu roku. Taki był „próg satysfakcji”. Tymczasem w tym roku był tylko jeden. Czyli nagle poszło za dobrze i się zrobił kłopot, bo jak tu utrzymać na przyszłość taką dobrą statystykę? Ten funkcjonariusz przytomnie zauważył, że w następnym roku nie ma szansy utrzymać takiego wyniku jak w tym. Czyli będzie musiał się tłumaczyć. Kuriozalna sytuacja.

Ale komendanci przekonują, że statystyka nie jest już najważniejsza.

Musicie panowie zrozumieć jedno: mierniki czy statystyki stosuje się w wielu organizacjach, żeby oceniać pracowników. Tylko że w tak hierarchicznej strukturze łatwo o wynaturzenia – bo tu nie ma jak skrytykować czy wyrazić opinii nie po myśli przełożonego.

Służba policyjna to poważna sprawa – policjant nie pracuje, ale pełni służbę właśnie. Przez to nie ma tylu praw, co my, cywile. Powiem więcej, w momencie, gdy cywil może odmówić świadczenia pracy z uwagi na zagrożenie zdrowia lub życia, po stronie policjanta aktualizuje się obowiązek działania. Wyobrażacie sobie obowiązujące w prawie pracy zasady BHP w służbie szturmowca czy pirotechnika w AT? Nie da się. Istota tej służby sprowadza się więc do narażania własnego zdrowia i życia. Poza tym policjantem jest się także po służbie. Dlatego tak ważne jest, by funkcjonariusz nie padał ofiarą czegoś, co nie wynika z istoty służby, ale właśnie jej wynaturzeń.

Tylko jak z tym walczyć?

Żeby to naprawiać, ktoś musi przyjść z zewnątrz – i to właśnie my robimy. Jesteśmy od problemów i praw żołnierzy i funkcjonariuszy. Dlatego naszymi naturalnymi partnerami są istniejące w służbach mundurowych związki zawodowe czy mężowie zaufania w Siłach Zbrojnych. Co ciekawe, organów przedstawicielskich nie mają służby specjalne, stąd rzecznik szczególnie uważnie przygląda się wnioskom kierowanym przez funkcjonariuszy tych służb. Przyjmujemy skargi, identyfikujemy problemy i próbujemy poprawiać system, oczywiście we współpracy z odpowiednimi instytucjami państwa.

„Napisali, że jak tego nie załatwimy, to ktoś w końcu albo popełni samobójstwo, albo zastrzeli komendanta”
Iloma sprawami związanymi z policją zajmuje się pan rocznie?

Teraz ta średnia jest zaburzona ze względu na „dezubekizację”, ale zwykle jest to 100-150 spraw.

Czego najczęściej dotyczą?

Konfliktów policjantów z przełożonymi. Mobbingu. Pojawia się także coraz więcej spraw dotyczących dyskryminacji, w tym również ze względu na płeć. W policji służy coraz więcej kobiet, a to ciągle bardzo męski świat. I pewne rzeczy nie są oczywiste. Chodzi mi w szczególności o przypadki molestowania seksualnego, które dotyczą także innych służb mundurowych.

My zrobiliśmy prostą rzecz: zebraliśmy wszystkie procedury antymobbingowe i antydyskryminacyjne istniejące w służbach, dokonaliśmy ich analizy porównawczej i sformułowaliśmy rekomendacje, a następnie wydaliśmy je w publikacji internetowej. I od razu mieliśmy prawie 5 tys. wejść. A moglibyście powiedzieć, że to jakiś niszowy problem. Akurat tu bardzo wiele daje zwykłe przekazywanie informacji i ułatwianie dostępu do nich – i to właśnie zrobiliśmy.

Na co jeszcze policjanci się skarżą?

Sprawy są różne. Kiedyś zgłosili się do nas policjanci z małego miasta na południu Polski, którzy mieli dosyć komendanta. Kontrolował ich tak skrupulatnie, że można było zwariować. Podkładał patyczki, żeby sprawdzić, czy bramy zamykają, klamki „doił” – jak to oni określali – żeby zobaczyć, czy radiowozy zamknięte na klucz. Generalnie uważał, że oni nic nie robią i z tego wynikała jego nadgorliwość. Ale doprowadziło to do takiej sytuacji, że jak tylko go widzieli, np. jadącego samochodem, to łapali pierwszą babcię z brzegu i ją legitymowali. Grunt, żeby „stary” się nie czepiał. W końcu miarka się przebrała i napisali do nas wniosek, pod którym podpisało się ponad 50 funkcjonariuszy.

Jak był sformułowany?

Mniej więcej tak, że jak tego nie załatwimy, to ktoś w końcu albo popełni samobójstwo, albo zastrzeli komendanta. No więc pojechaliśmy do tej jednostki, mój przełożony usiadł z tym komendantem w gabinecie, a ja razem z kolegą przyjmowaliśmy w innym pokoju jego podwładnych. Wyglądało to tak, że wchodzili po kolei i mówili: „Ja w tej sprawie nie biorę udziału, ale komendant to kawał ch… i ja wam wszystko opowiem”. (śmiech) Rzadko się to zdarza w takim wymiarze, bo najczęściej funkcjonariusze nie chcą się z nami dzielić swoimi problemami, to dosyć hermetyczne środowisko. Tymczasem tutaj wchodzili jeden za drugim, praktycznie cała jednostka.

Faktycznie czuli się tak zaszczuci?

Tak. Szczególnie zapamiętałem jedną sytuację. Przyszedł do nas policjant wielki na dwa metry, ale cały roztrzęsiony. W dodatku komendant wszedł do nas, żeby zapytać, czy nie chcemy herbaty, Panowie wymienili przy tej okazji spojrzenia i człowiek jeszcze bardziej się przejął. No ale co się okazało? To był dzielnicowy, który zasłynął w tej miejscowości, bo ustalił i zatrzymał przestępcę, który podpalił księdzu samochód na plebanii. Lokalna prasa zrobiła z niego bohatera. Udzielił nawet wywiadu (oczywiście poszedł wcześniej po zgodę do komendanta), a jego zdjęcie pojawiło się na pierwszej stronie gazety. Tuż po tym wywiadzie miał zaplanowany urlop. Dzień przed spotkał komendanta na korytarzu, który poinformował go, że w związku z ujawnieniem w wywiadzie prasowym tajemnicy śledztwa zostanie mu wszczęte postępowanie dyscyplinarne, a także, że powiadomi o tym fakcie prokuraturę. Facet zamarł. Na drugi dzień poszedł na ten urlop i siedział w domu zestresowany, czekając aż przyjdą po niego i zakują go w kajdany. Nic się jednak takiego nie wydarzyło. A jak wrócił z urlopu, to okazało się, że… dostał nagrodę od komendanta. I mówi do nas: „no przecież można ześwirować!”.

Jak się to zakończyło?

Komendant sam napisał raport o zwolnienie i odszedł na emeryturę. Chyba nie było innego wyjścia.

„Kłopotliwych funkcjonariuszy zsyła się najczęściej do »czyśćca«”
Czyli można powiedzieć, że policjanci osiągnęli swój cel.

Jeśli zakładają panowie, że policjantom zależy na konfliktach z przełożonymi… Niejednokrotnie przełożeni padają ofiarą własnych rozkazów. Kolejny przykład, w dodatku całkiem świeży. Komendant wydał polecenie – jedno z najbardziej „wyszukanych”, o jakich słyszałem – a mianowicie, żeby policjanci po zakończeniu służby pisali uzasadnienie, dlaczego pouczyli, zamiast nałożyć mandat.

Wiecie, z takiego ludzkiego punktu widzenia, jak jesteście zmęczeni po robocie, to nie chce się wam jeszcze tłumaczyć z tego, dlaczego się komuś mandatu nie nałożyło. No ale zdarzyła się taka sytuacja, że jeden z policjantów drogówki zatrzymał komendanta do rutynowej kontroli. Nie wiem, czy zrobił to przypadkowo, czy celowo, ale okazało się, że komendant nie miał ważnego przeglądu technicznego auta. No ale przecież swojemu przełożonemu nie daje się mandatów, więc go tylko pouczył. A potem, zgodnie z zaleceniem samego komendanta, napisał skrupulatnie notatkę, dlaczego w tym wypadku dał pouczenie, a nie mandat. Następnego dnia komendant odwołał to polecenie i skończyło się pisanie notatek. (śmiech) To oczywiście zabawna anegdotka, ale prawda jest taka, że czasami z takich błahostek rodzą się poważne konflikty, które najczęściej nie kończą się happy endem.

W jakim sensie?

Opowiem wam na przykładzie historii, która z pozoru wydawała się zabawna, ale miała poważne konsekwencje dla głównego bohatera. Zwrócił się kiedyś do nas policjant, który w oddziałach prewencji odpowiadał za BHP. Wszystko zaczęło się od tego, że policjanci w jego jednostce nie mieli mydła. A mydło im się wg określonych przez KWP norm rzeczywiście należało i on zaczął się tego mydła głośno domagać. Problem w tym, że był akurat kryzys i brakowało na to pieniędzy. Gdybyście nie mieli mydła w pracy, to co byście zrobili?

U nas mydło jest, ale gdyby nie było, to pewnie byśmy się szefom poskarżyli.

I ten policjant tak zrobił. I nawet zebrał w tej sprawie podpisy sześćdziesięciu paru funkcjonariuszy. Sęk w tym, że wysyłając pismo w tej sprawie, pominął drogę służbową, bo zamiast zwrócić się najpierw do dowódcy oddziału, to napisał od razu do komendanta wojewódzkiego.

Jaki był efekt? Przełożony wszczął mu postępowanie dyscyplinarne za pominięcie drogi służbowej. A wszyscy policjanci, którzy podpisali się pod pismem do komendanta wojewódzkiego, wycofali się z tego. Tłumaczyli potem przed rzecznikiem dyscyplinarnym, że ów policjant wprowadził ich w błąd i myśleli, że jak się podpiszą, to on im wyda to mydło. To oczywiście była bzdura, bo lista z podpisami miała jednoznaczny wstęp i każdy wiedział, co podpisuje. Nie wierzę, że 62 policjantów nie przeczytało tego, pod czym się podpisuje.

Niemniej jednak morał płynie z tego taki, że jak policjant ma problemy dyscyplinarne, to szybko traci wszystkich kolegów. Zaczyna walczyć z systemem, ale ten system go zjada. I nikt mu w tym nie pomoże, musi liczyć na samego siebie.

Jaki los ostatecznie spotkał tego policjanta?

Rzecznik wystąpił w tej sprawie do Komendanta Głównego Policji o zbadanie sprawy. Ostatecznie policjanta ukarano naganą i przeniesiono do innej jednostki. Ale co ciekawe, po jego interwencji tej jednostce przyznali w końcu mydło, choć nie w kostkach, jak wynikało z norm, a w płynie. Po prostu zainstalowano dodatkowe dozowniki z płynem pod prysznicami.

W każdym razie, można sobie robić żarty z tej historii, ale to jest jednak życie człowieka, który został niewłaściwie potraktowany, ukarany i przerzucony w inne miejsce za to, że domagał się dla innych tego, co się im na mocy przepisów należało. Najgorsze jest to, że w przypadku sygnalistów, czyli osób, które zgłaszają w interesie publicznym różne nieprawidłowości – np. tortury czy nadużycia władzy – historia może się powtórzyć. Nie ma aktualnie przepisów, które by chroniły takie osoby, a nikt nie będzie ryzykował swojej kariery.

Jeśli coś zgłoszą, to mają potem przechlapane?

Tak. W najlepszym wypadku spotyka ich tzw. czasowe delegowanie, choć ja to nazywam „czyśćcem”. Polega to na tym, że „kłopotliwego” funkcjonariusza przenosi się na okres sześciu miesięcy do innej jednostki. Najczęściej takiej, która kompletnie nie odpowiada jego kwalifikacjom, choć nie jest to regułą. Można np. przenieść kogoś z oddziałów antyterrorystycznych do oddziałów prewencji policji. I tam ma pół roku na przemyślenie swojego zachowania. Jak mu przejdzie i przestaje pisać skargi, to wraca do swojej jednostki. A jak nie, to zostaje przeniesiony na stałe w równie „ciekawe” miejsce, uzasadniając to „interesem służby”. To jest taka niezdefiniowana klauzula generalna i najczęściej nie ma możliwości polemiki z nią na drodze prawnej.

Brzmi jak sytuacja bez wyjścia.

Tak i wtedy właśnie pojawiają się zachowania mobbingowe. No bo co taki policjant robi, kiedy go chcą np. przenieść daleko od macierzystej jednostki? Idzie na zwolnienie lekarskie. Zgodnie z ustawą o Policji policjanci muszą być dyspozycyjni, jest to podstawowa wartość wynikająca z istoty stosunku służbowego. Zakładają oni jednak rodziny, biorą kredyty, kupują mieszkania i perspektywa dojeżdżania np. 200-300 km do służby w innej jednostce nie jest zachęcająca. Ci, którzy nabyli już minimalne uprawnienia emerytalne, kalkulują, co im się bardziej opłaca. Słabe zarobki najczęściej ułatwiają podjęcie decyzji o odejściu do cywila.

Natomiast, jeśli pozostaje w jednostce będąc skonfliktowany ze swoimi przełożonymi, to oni zaczynają skrupulatnie weryfikować jego robotę, czy się terminowo rozlicza z zadań itd. Jak coś znajdą, to wszczynają mu postępowania dyscyplinarne, a on zaczyna chodzić do psychiatry i w końcu ląduje na L4 z zaburzeniami adaptacyjnymi (te w stopniu znacznym eliminują ze służby), czyli chyba najczęściej stwierdzanym schorzeniem w takich sytuacjach. Funkcjonariusz przebywa zatem na zwolnieniu, kierowany jest następnie na komisje lekarskie, jak je przejdzie, to dalej przebywa na tym zwolnieniu lekarskim, a jak nie przejdzie badań, to zaczyna się procedura wydalenia ze służby. Co prawda rozkaz o zwolnieniu ze służby można zaskarżyć do sądu administracyjnego, ale on bada tylko legalność wydanej decyzji, nie wchodzi w meritum sprawy, tak jak sądy powszechne. I wykształciło się już takie orzecznictwo, które mówi, że w przypadku długich nieobecności cierpi na tym służba jako taka i policjanta można zwolnić. Bo jak on przebywa na L4, to etat jest zablokowany i ktoś inny musi za niego pracować. W ten sposób koło się zamyka.

Jest na to jakiś sposób?

Chyba tylko szukanie kompromisu. Kiedyś zwrócił się do mnie dzielnicowy, który powiedział swojemu przełożonemu, że inni policjanci mu podlegający nie wykonali należycie swojej pracy przy jakimś wypadku drogowym. Przełożony się wkurzył i zaczął sprawdzać wszystkie sprawy prowadzone przez tego dzielnicowego. Oczywiście dopatrzył się tam jakichś drobiazgów w stylu nieaktualnych druków i zrobił mu za to postępowanie dyscyplinarne. Bo zrozumcie panowie, że każdy przełożony wie doskonale, jak jego jednostka pracuje. I jeżeli chce kogoś ukarać, to zawsze coś znajdzie i takiego funkcjonariusza ukarze. W każdym razie – dzielnicowy dostał naganę, a ta się wiążę z obniżeniem dodatków, czyli konsekwencjami finansowymi.

Przyszedł do mnie i opowiedział mi o wszystkim. No, ale że co do zasady biuro RPO nie pisze odwołań, poradziłem mu, na co zwrócić uwagę w postępowaniach dyscyplinarnych i policjant się odwołał do komendanta wojewódzkiego policji. Po pewnym czasie poinformował mnie, że był u niego kadrowiec. Zaproponował mu taki „układ”: obniżymy ci wymiar kary, tylko żebyś się już nie odwoływał od tego rozkazu. No i ten dzielnicowy mnie pyta, co on ma zrobić w tej sytuacji? A to, co zaproponował mu kadrowiec, było pewną formą kary, ale już nie tak dolegliwą finansowo. No to mówię mu: „Jeżeli pozwoli pan przełożonemu wyjść z tego z twarzą, bo on dopnie swego i pana spotka jakaś tam niedogodność, to będzie pan miał już tę sprawę zamkniętą i nie będą pana omijały różnego rodzaju nagrody uznaniowe”. A on mi na to: „A jak kadrowiec nie dotrzyma słowa?”. Ja mówię: „No to się pan znowu odwoła”.

I w końcu się dogadali?

Tak i to jest chyba właściwie jedyna skuteczna metoda na zażegnanie takiego konfliktu. Bo znam wiele przypadków ludzi, którzy szli na wojnę z przełożonymi i najczęściej przegrywali. Choć tak naprawdę przełożeni też nie wygrywają. Tu wszyscy są przegrani.

Dlaczego?

Bo taki konflikt się nakręca i eskaluje. Jedna strona uderzy, a druga odpowiada. W małych jednostkach każdy wie, co drugi ma za paznokciami i przy takiej okazji zaczynają wychodzić różne brudy. Zaczynają się powództwa o ochronę dóbr osobistych, bo ktoś komuś naubliżał, albo zawiadomienia do prokuratury, bo ktoś inny sobie gdzieś tam postrzelał i nie rozliczył się z amunicji. No i efekt jest taki, że jedni policjanci przenoszą się do innych jednostek, drudzy trafiają do „czyśćca”, a ci którzy mają pełną wysługę machają ręką, piszą raport i odchodzą na emeryturę. A z kolei komendant wojewódzki mówi do komendanta powiatowego: „Sorry, ale skoro ty zamiast zarządzać policjantami, sądzisz się z nimi, to co z ciebie za przełożony?”. I też go odwołuje. Czyli de facto, wszyscy tracą.

„Widziałem jednostki, w których były powybijane okna albo schody, po których policjanci bali się chodzić”

Jaka pan jeździ na te wszystkie kontrole do różnych jednostek, to jaka jest atmosfera na takich spotkaniach?

Różnie bywa. Naszą rolą jest rozwiązywać problemy, ale równocześnie jak najmniej ingerować w życie jednostki. Nie jesteśmy po to, żeby utrudniać funkcjonariuszom realizację obowiązków służbowych.

Komendanci też tak na to patrzą?

Oni sami czasem nie wiedzą, dlaczego przyjechaliśmy. Często zdarza się, że do nas trafiają skargi, których oni w ogóle nie widzieli na oczy. Pamiętam, jak kiedyś w „SAT-cie” (Sekcja Antyterrorystyczna – red.) w stosunkowo małym garnizonie, został nam zgłoszony problem braku prostownika na wyposażeniu pirotechników. Dla nich to było uciążliwe, bo mieli specjalnego robota, którego wykorzystywali w pracy. Do niego zakupione zostały nowe akumulatory, ale nie mieli jak ich ładować. Ktoś zapomniał kupić prostownik. Wyszło na to, że trzeba było załatwić 500 złotych na zakup nowego. A że do przełożonego nigdy ta informacja nie dotarła, to się tak męczyli przez jakiś czas, wożąc te akumulatory do dystrybutora.

Brakowało prostownika za 500 złotych? W polskiej policji nadal jest tak biednie?

Nie, wiele się zmienia, przynajmniej jeśli chodzi o warunki pracy. W 2012 roku zbadaliśmy 48 różnych jednostek średniego i najniższego szczebla. Powiaty, komisariaty, posterunki. Tam, gdzie policjanci mają kontakt z twardą rzeczywistością. Znaleźliśmy jednostki, w których były powybijane okna albo schody, po których funkcjonariusze bali się chodzić, bo groziły zawaleniem…

Klimat filmów z lat 90…

Tak, wchodziło się do gabinetów, a tam meble przyniesione z jakichś banków i prokuratur, ledwo nadające się do użytku, czy grzyb na ścianach. A teraz modernizacja mocno poszła do przodu. Zdaje się, że są już nawet jednostki, gdzie w podziemiach są strzelnice, a na dachach boiska do koszykówki. Zaczyna to przypominać XXI wiek. Co oczywiście nie znaczy, że nie ma jednostek w złym stanie technicznym. Proszę pamiętać, że każdy sprzęt się zużywa i potrzebne jest w tej mierze systematyczne i długoterminowe planowanie.

A zarobki?

Funkcjonariusze oceniają je fatalnie. Coraz częściej porzucają służbę, bo mają tego dość. Niekiedy robią to z dnia na dzień, czasem jeszcze w trakcie szkolenia podstawowego. Wyjeżdżają za granicę, nie informując o tym nikogo. Przyszłość policji to jest wielka zagadka. Z jednej strony coraz mniej chętnych do rozpoczęcia służby, z drugiej – rosnąca liczba odejść. Państwo musi znaleźć sposób, by policjantów zatrzymać w służbie. Braki mogą być coraz bardziej widoczne.

A na polityków policjanci często się skarżą?

Zdarza się. Ale te wszystkie głośne przypadki, gdy policjanci muszą wypuszczać konfetti dla ministra, albo paradować w skrzydłach anioła, zwykle nie powstają z winy polityków, tylko z serwilizmu przełożonych. Regularnie zdarzają się tacy, którzy szukają sposobów na to, jak podlizać się szefom „z góry”. Pudrowanie rzeczywistości w służbach mundurowych to norma.

„Komendant dostał »Złotą Pałę«, bo chciał się dowiedzieć, dlaczego psy głośno szczekają”
Skoro o komendantach mowa… Na czym polegała nagroda Złotej Pały, niegdyś słynna w policji?

Nagroda Złotej Pały to wyróżnienie za najbardziej absurdalne polecenie służbowe. Trochę mi jej brakuje. Nominowanych na pewno by nie zabrakło. (śmiech)

Na czym polegała?

Internetowe Forum Policyjne tę nagrodę wymyśliło i przyznawało co roku. Wielu znamienitych policjantów się na nią załapało. Zazwyczaj ten, kto nominował późniejszego zwycięzcę, miał problemy. Przełożeni robili takim delikwentom dyscyplinarki i wtedy my musieliśmy wkraczać w ich obronie. (śmiech)

Jak namierzano nominujących?

Na polecenie laureata, jeżeli był nim komendant, policyjni informatycy natychmiast brali się do roboty. A że mieli odpowiednie narzędzia ku temu stosunkowo szybko ustalali nominujących. Przełożeni chcieli koniecznie wiedzieć, kto postanowił ich wyróżnić Złotą Pałą.

Któraś nominacja szczególnie zapadła panu w pamięci?

Psy…

Czyli?

Komendant w jednym z powiatów chciał się dowiedzieć, dlaczego psy na komendzie uporczywie szczekają. Poprosił naczelnika o wyjaśnienia, a ten przerzucił sprawę do przewodnika psów służbowych i zlecił mu napisanie odpowiedniej notatki. Brzmiała ona miej więcej tak: „Informuję pana naczelnika, że psy mogły nadmiernie szczekać z tęsknoty za swoimi przewodnikami, którzy przebywali na dwudniowym szkoleniu. W tym czasie psy dostały karmę oraz wodę od zastępującego nas przewodnika. Poza tym, psy służbowe, jak każde inne, porozumiewają się między sobą, m.in. poprzez szczekanie. Mogły również szczekać na inne psy znajdujące się po sąsiedzku. Informuję ponadto, że możliwe jest również wycie psów, zwłaszcza podczas pełni księżyca”.

Precyzyjne wyjaśnienie. (śmiech)

Przełożony chyba zasłużył na Złotą Pałę, za to ten przewodnik powinien otrzymać nagrodę za tak staranny opis sytuacji. (śmiech)

Fot. jp

 

 

źródło

Zostaw odpowiedź